Tak – PRZEPOCZWARZYŁAM SIĘ – w końcu przyszedł na to czas – z jednej strony, szkoda że tak późno, ale z drugiej – dobrze, że W KOŃCU DOJRZAŁAM.
Przez lata byłam sobie jak kokon – a może nie – jak mrówka robotnica – w sumie motyl i mrówka nie mają ze sobą wiele wspólnego (o ile coś w ogóle), ale tak – cierpliwie czekałam na SWÓJ CZAS. Na moment, kiedy ktoś dostrzeże we mnie KOGOŚ WIĘCEJ niż tylko osobę, którą można obłożyć obowiązkami, z których znakomicie się wywiąże, bez konieczności kontroli i „prowadzenia za rączkę”. Osobę, która będzie miała nieskończone pokłady automotywacji, optymizmu, energii, wsparcia dla innych oraz… błysku w oczach.
Przyszedł taki moment, kiedy energii przestało wystarczać na upchanie 48 godzin w buteleczce siły o pojemności 24h…. Zabrakło siły i czasu na zadbanie o siebie, czas dla Dzieci, odpoczynek, regenerację sił. Nawet marzenia, które zawsze starałam się zamieniać w cele – gdzieś się pochowały i nie mogłam ich odnaleźć. Za to coraz częściej pojawiały się łzy – ukrywane przed wszystkim i wszystkimi. Ich ilość poznała tylko poduszka i auto…
Z perspektywy czasu wiem, że byłam motylem, któremu obcięto skrzydła… Chyba źle to ujęłam – osobą, która dokonała tej okrutnej amputacji byłam JA SAMA. To był czas, żeby się obudzić…
(post z czerwca 2014 roku)